Jak każda szanująca się niewiasta urodzona w czasach
Gierka zostałam wychowana na bajkach. Prym wiodły oczywiście Kopciuszek i
Królewna Śnieżka. Która nie wyobrażała sobie, że jest królewną zamkniętą w
wieży, no która?
Kiedy moje rówieśniczki i ja trochę podrosłyśmy zmieniły
się odrobinę bajki, które oglądałyśmy. Wymuskany królewicz z włosami
przygładzonymi terpentyną i dopiętym na ostatni guzik mundurkiem zamienił się
na odrobinę zbuntowanego, trochę potarganego z błyskiem w oku, może
niekoniecznie księcia. Czasem główni bohaterowie bajki zamieniali się rolami i
to on stawał się Kopciuszkiem. Która szanująca się dziewczyna nie widziała „Dirty Dancing” co najmniej pięć razy,
no która?
Czasem królewicz na białym koniu w lśniącej zbroi
zamieniał się w biznesmena w białej limuzynie. A Kopciuszek czekał zamiast w
wieży, to na ostatnim piętrze obdrapanego bloku. Która nie widziała „Pretty Women”, no która?
Żeby bajka bawiła nie tylko niedoszłe królewny, ale
również dzielnych i mężnych zdobywców kobiecych serc, kino przedstawiało nam
najróżniejsze modyfikacje opowieści o tych co zabierają bogatym i oddają
biednym. Od Robinów Hoodów, poprzez Zorra, Janosiki, na samych Bondach
skończywszy. Ileż było tych interpretacji tematów! Od wyboru do koloru. Tak
między nami moją ulubioną wersją „Robin Hooda” jest wersja Mela Brooks’a. Zaś
totalną porażką według mnie jest wersja Ridley’a Scott’a. To była po prostu
żenada. Ale to rzecz gustu, a o gustach się nie dyskutuje.
